Logowanie do konta użytkownika
Konto użytkownika
Imię i nazwisko/nick
E-mail
Hasło
Powtórz hasło
Newsletter
Więcej

Bioterapeuta nie jest cudotwórcą

9 września 2018
Autor: Jolanta Talarczyk

Ilu jest w Polsce bioenergoterapeutów? Tego tak naprawdę nie wie nikt. Wystarczy zarejestrować działalność gospodarczą, na przykład jako masaż, i zawodowo zajmować się pomaganiem chorym. Jak znaleźć tych najlepszych?

To nie nowy wynalazek
Związek Rzemiosła Polskiego ma branżową komisję oraz rejestr bioenergoterapeutów i radiestetów. Szkopuł w tym, że był on może w pewnej mierze aktualny w 2007 roku. Jest w nim 114 nazwisk, ale nawet 11 lat temu nie uwzględniał wszystkich świadczących tego typu usługi. Polskie Stowarzyszenie Bioterapeutów także nie posiada miarodajnych danych. Znalezienie mistrza o sprawdzonych kompetencjach i wysokiej etyce w tym zwodzie wymaga sporo czasu i determinacji.
Bioenergoterapia nie jest wynalazkiem naszych czasów. Znany jest od czasów starożytnych. Według medycyny chińskiej oprócz siedmiu podstawowych układów (takich jak m.in. krwionośny, oddechowy, nerwowy czy pokarmowy) organizm człowieka posiada również układ energetyczny. Odblokowanie kanałów energetycznych (nazwanych meridianami) pomaga organizmowi w samoleczeniu, w zwalczaniu choroby i powrocie do homeostazy (prawidłowego funkcjonowania w zmiennych warunkach). Ludzie, którzy mają silne pole bioenergetyczne, mogą własną energią wspomóc chorego.

Boom uzdrowicieli w Polsce
Szacuje się, że w zbiorowych seansach Anglika Clive Harrisa, organizowanych często w kościołach, uczestniczyło w latach 70. i 80. kilka milionów osób. Przed ekranami telewizorów ogromną rzeszę ludzi spragnionych zdrowia gromadził Anatolij Kaszpirowski, rosyjski psychiatra, doktor nauk medycznych. Miano polskiego Harrisa wielu rodaków przypisywało Zbigniewowi Nardelliemu, w którego seansie w 1983 roku na stadionie w Tomaszowie Mazowieckim uczestniczyło 27000 osób. W latach bardzo odległych od techniki telekomunikacji wielką moc przypisywano Barbarze Zdunek i Krystynie Cynowej, które w XVIII w. zapłaciły życiem za pomaganie chorym. Każda epoka miała swoich uzdrowicieli. Dziś może to praktykować każdy, komu przyjdzie na to ochota, choćby predyspozycje i kwalifikacje miał ku temu wątpliwe.
- Nie ma podstaw prawnych do prowadzenia rejestru zawodowych bioenergoterapeutów. Nie wszyscy chcą się zrzeszać w stowarzyszeniu czy cechu. Nie ma też systemu weryfikacji kwalifikacji. Wystarczy zarejestrować działalność gospodarczą i przyjmować chorych. Teoretycznie najlepszym regulatorem tego typu usług powinien być rynek. Ale wiemy, że wielu jest naciągaczy żerujących na cudzym nieszczęściu. Bioenergoterapeuta może pomagać ludziom z szacunku i miłości do człowieka, a nie z chęci zysku. Dlatego warto pytać przed zabiegiem o dokumenty poświadczające jego umiejętności i sprawdzać opinie ludzi, którzy korzystali z jego pomocy – mówi Krystyna Klimecka-Wilińska z Ogólnopolskiej Komisji Bioenergoterapeutów i Radiestetów działające przy Związku Rzemiosła Polskiego.

Droga do bioterapii
Dokumenty uprawniające do wykonywania zawodu bioenergoterapeuty można uzyskać w Cechu Rzemiosł Różnych lub Zakładzie Doskonalenia Zawodowego. Potrzebne do tego są kursy i egzaminy. Niektórzy idą na skróty, czyli w ogóle nie zawracają sobie głowy „papierami” lub kończą kursy online. Ci, którzy poważnie traktują swój zawód i klientów budują warsztat terapeutyczny latami i sprawdzają swoją skuteczność. Takich jest w Polsce kilkuset, a nie tysiące, jak przypuszcza Jarosław Cetens z Polskiego Cechu Bioenergoterapeutów. Wskazuje przy tym, że w rejonie Warszawy jest ich około 60, duże ich grupy koncentrują się w Krakowie, Łodzi i Poznaniu, mniejsze w Katowicach i Bielsku-Białej.
Jak trafia się do zawodu bioenergoterapeutycznego? Niekiedy z przypadku. Czasami poprzez własne problemy zdrowotne. Takie właśnie były ścieżki do tej profesji dwóch świetnych bioenergoterapeutów Pawła Trembaczowskiego i Grzegorza Szewczyka, którzy od lat są związani z Centrum Medycyny Naturalnej i Psychoterapii w Katowicach.
Żona oglądała program o Pawle Połoneckim i powiedziała mi: zobacz on Paweł i ty Paweł, to może spróbuj przyłożyć mi ręce, żeby przestał boleć mnie żołądek. Podziałało i tak nas to oboje zaskoczyło, że poszedłem do pani Iki Marii Jarochowskiej z redakcji katowickiego Wieczoru, która prowadziła wtedy rubrykę radiestetów. Ona pokierowała mnie do Polskiej Akademii Nauk w Warszawie, gdzie przeszedłem badania, które wykazały, że moje biopole jest piętnastokrotnie większe od normalnego. Później był kurs w Kielcach, egzaminy czeladnicze, a następnie mistrzowskie. Dużo jeździłem po świecie i rozwijałem swoje umiejętności w USA, Szwecji, Niemczech i Francji. Zostałem nawet wpisany na listę uznanych bioenergoterapeutów w USA. Od 38 lat jestem bioenergoterapeutą – mówi Paweł Trembaczowski, który niedawno przeszedł na emeryturę i przyjmuje pacjentów czasami już tylko w domu w Świętochłowicach.

Filozofia zamiast ekonomii
Dla Grzegorza Szewczyka z Mysłowic kontakt z bioenergoterapią rozpoczął się 21 lat temu, gdy z nieustalonych przyczyn znalazł się w szpitalu. Rok przed maturą przewrócił się i początkowo lekarze podejrzewali, że powodem jego nagłego problemu zdrowotnego jest zapalenie opon mózgowych. Później były kolejne, równie chybione diagnozy, a stan młodego człowieka stale się pogarszał. Jego zdesperowana matka poprosiła o pomoc Andrzeja Lewandowskiego z Polanicy Zdrój. Wyzdrowiał po kilku zabiegach.
Gdy wyszedłem ze szpitala pojechałem do pana Lewandowskiego podziękować, a on zaproponował, żebym wziął udział w jego kursie bioenergoterapii. I tak się to zaczęło, bo wcześniej na ten temat nie wiedziałem nic. Bezradność tradycyjnej medycyny wobec mojej niezdiagnozowanej do dziś choroby rozbudziła ciekawość o świecie energii. Po kursie przez kilka lat byłem asystentem Andrzeja Lewandowskiego. To mnie tak wciągnęło, że zmieniłem kierunek studiów z ekonomii na filozofię na Uniwersytecie Jagiellońskim. Filozofia była dla mnie bardziej pomocna w zgłębianiu natury ludzkiej, ustalaniu standardów moralnych i intelektualnej analizy tego, co nas otacza. W pracy bioenergoterapeuty ważna jest równowaga na poziomie emocji, własnego ego – wspomina Grzegorz Szewczyk, który przyjmuje pacjentów m.in. w katowickim Centrum Medycyny Naturalnej i Psychoterapii.

Najmłodszy w kraju
Predyspozycje do pomagania chorym Pawła Trembaczowskiego sprawdzali specjaliści z PAN w Warszawie. Grzegorz Szewczyk testował swoją moc oddziaływania na innych poprzez praktykę pomagania chorym na odległość. Przez rok Andrzej Wrazidło i Nina Grella z katowickiego Centrum Medycyny Naturalnej i Psychoterapii dawali mu zdjęcia osób proszących o pomoc i sprawdzali jego efektywność. Był wówczas najmłodszym bioenergoterapeutą w Polsce, miał zaledwie 20 lat. Obecnie jest jednym z najbardziej znanych śląskich healerów, należącym do Klubu Biotroników i Radiestetów w Polanicy Zdrój.
Nie są cudotwórcami i podobnie jak lekarze, niekiedy muszą się mierzyć z porażkami, bo nie każdego chorego udaje się przywrócić do stanu homeostazy. Każdy bioenergoterapeuta ma swoją specjalność, nieco inny warsztat i metody pomagania. Inaczej też postrzegają swój sukces zawodowy.
Dla Pawła Trembaczowskiego najbardziej satysfakcjonujące jest wyprowadzanie ludzi ze śpiączki, leżących miesiącami na szpitalnych OIOM-ach. Bardzo zapadli mu w pamięć chorzy na ziarnicę złośliwą i raka płuc, którym lekarze nie dawali już szans, a dziś cieszą się życiem. Grzegorzowi Szewczykowi największą radość sprawia, gdy z jego pomocy korzysta trzecie pokolenie z tej samej rodziny klientów, bo to buduję jego renomę i poczucie sensu tego, co robi.

Jak pracuje bioenergoterapeuta?
Ten dobry na pewno nie stara się uzależnić chorego od swojej pomocy i nie obiecuje cudu. Nie rozmawia na dzień dobry o chorobie, nie straszy i nie nakłania do przerwania tradycyjnego leczenia. Grzegorz Szewczyk twierdzi, że najbardziej optymalny dla powrotu do zdrowia jest trójkąt współdziałania pacjenta, lekarza i bioenergoterapeuty.
Paweł Trembaczowski nigdy nie miał kłopotów z przeprowadzaniem zabiegów w szpitalach, gdy rodzina lub pacjent informowali o tym ordynatora. Obaj wśród swoich klientów mają wielu lekarzy i farmaceutów, choć oficjalna medycyna dystansuje się od tego co robią. A oni się tym nie zrażają i korzystają z medycznej diagnostyki do sprawdzania wyników w przywracaniu dobrostanu. Bo efekt powinien być po kilku zabiegach. Bioenergoterapeuta stara się odblokowywać u osoby chorej kanały energetyczne, nie musi go dotykać, a często robi to na dużą odległość. Jeżeli choroba jest bardzo zaawansowana to można liczyć najwyżej na uśmierzenie bólu.
Zawsze rozpoczynam od diagnozy radiestezyjnej osoby, która do mnie przychodzi. Ustalam miejsca w jego ciele, w których wyczuwam zaburzenia przepływu energii. Dopiero później czytam dokumentację medyczną, jeżeli zainteresowany moją pomocą taka przynosi. Jeżeli są rozbieżności w moim rozpoznaniu i ustaleniach tradycyjnej medycyny to proponuje wykonanie dodatkowych badań. Przy pierwszym spotkaniu zalecam konkretny zestaw ziół do wykupienia w sklepie czy w aptece. Wizytę kończy zabieg bioenergoterapeutyczny i zaproszenie na kolejny za miesiąc. Organizm musi się nasycić, ja go wzmacniam swoją energią, ale trzeba czasu, żeby w ciele zaszły pozytywne zmiany, podobnie jak nie ma natychmiastowego efektu po zażyciu leku czy operacji. Po czterech zabiegach proszę o wykonanie badań kontrolnych. A po nich, kończymy zabiegi lub zmniejszamy ich częstotliwość – opowiada Paweł Trembaczowski, którego specjalnością jest pomaganie chorym m.in. z usuwaniem kamieni, ze schorzeniami gastrycznymi, układu krążenia, problemami ginekologicznymi, niepłodnością.

Nie czyta dokumentacji
Grzegorz Szewczyk nie czyta dokumentacji pacjenta, żeby się nie sugerować ustaleniami lekarzy. Nie rozmawia też o dolegliwościach, które skłoniły chorego do szukania jego pomocy. Podobnie, jak jego starszy kolega po fachu, prosi o powtórzenie badań medycznych po wykonaniu trzech lub pięciu zabiegów, bo jak uważa, już wtedy powinny być efekty rejestrowane przez aparaturę medyczną.
- Jestem skuteczny w szerokim zakresie schorzeń, między innymi guzów, cyst, mięśniaków i torbieli. W swoim arsenale bioenergoterapeutycznym mam kilka unikatowych rytuałów, takich jak na przykład kodowanie wody i kamieni. Wykonuje je od 2007 roku, gdy uzyskałem uprawniający do tego dyplom mistrza duchowego uzdrawiania. Bardzo dobre efekty zdrowotne przynosi chodzenie po ogniu, czyli zabieg grupowy, który prowadzę zazwyczaj raz w roku. To nie jest zabawa w chodzenie po ogniu. Robi się to w określonej, indywidualnej intencji, żeby pozbyć się jakiegoś problemu. Ogień dodaje człowiekowi energii, oczyszcza, spala jego lęki i słabości. Po takim rytuale zmieniamy się wewnętrznie. Podczas każdego zabiegu energia jest kierowana w ten sposób, że porządkuje problemy według ich ważności i zdarza się, że na końcu znika dopiero ten, z którym przyszedł pacjent – zapewnia Grzegorz Szewczyk.
Co dyskwalifikuje bioenergoterapeutę? Brak elementarnej znajomości anatomii, fizjologii i psychologii. Paweł Trembaczowski powtarza, że nie wystarcza czuć że boli, trzeba jeszcze wiedzieć jak funkcjonuje organizm człowieka, żeby faktycznie pomagać, a nie szkodzić.

Źródło: Portal Medycyny Naturalnej
Komentarze:
Przepisz tekst z obrazka:
YYIEE
O nas
Redakcja Portalu Medycyny Naturalnej grella.pl
40-022 Katowice, ul. Damrota 6
tel.: (32) 257 15 90
kontakt@grella.pl
Redaktor naczelny: Aldona Minorczyk-Cichy
Znajdz nas
Zapisz się do newslettera i otrzymuj comiesięczną porcję wieści.